Peter Broderick – Float

Kolejna zagwozdka z kolekcji współczesnej klasyki która może zamieszać w    playliście. Album sprzed 2 lat co prawda , jak i sprzed 10 albumów Petera, ale wśród całokształtu brzmi nielicho, a nawet jak kamień milowy. Jest to także pierwszy album-koncept pełen kompozycji – a nie „tracków” – na pianino, skrzypce, wiolonczelę, gitarę, perkusję….. A to i tak mało biorąc pod uwagę biegłość muzyczną Brodericka w dziedzinach skrzypiec, wiolonczeli, piły (!), mandoliny, i być może wielu innych o których wikipedia nie wspomina…

Album to absolutnie zamknięta całość-opowieść, i mimo że utwory nie przechodzą z jednego w drugi, jest w tych kompozycjach pewna myśl przewodnia, aranżacja, melodia lub coś bardziej nieuchwytnego, a z drugiej strony wyraźnie słyszalnego. Podejście od strony zamkniętej, „orkiestralnej” kompozycji (bynajmniej nie w wersji suchego warsztatowego instrumentaża dla świeżo upieczonych pianistów) pozwoliło Broderickowi stworzyć wielo-poziomowe dzieło które przy dokładnym odsłuchu wskazuje na istnienie pojedyńczych mikro-całości (wstęp-rozwinięcie-zakończenie) które z kolei składają się na kolejną, wyższą warstwę przeplecioną wspomnianym już motywem przewodnim który – swoją droga doskonale wpasowując się w poszczególne kompozycje – scala album niczym doskonale poprowadzona dratwa z pięciolinii…

Oczywiście, jak na chwytliwe klisze z gatunku „modern classical” przystało zabraknąć nie mogło elektronicznych przeszkadzajek, bo i autor młody (23 lata) i pełen weny i chęci do „łamania gatunku”  a i żelazne reguły „nowych brzmień” wymagają – tak więc są i takie przeszkadzajki na Float.  Jak już wspominałem wcześniej, współczesna klasyka (do której miana album pretenduje na całej linii) ma też tendencję do moralizatorstwa,  czy też bożo-narodzeniowości i dość ciężko jest uciec przed tymi nalepkami, tym bardziej że instrumentarium zdolne wzbudzić naprawdę fajne emocje jest tym samym które doprowadzić może do mdłości (vide wspomniane na początku instrumentarium Brodericka).  Balans – a bardziej ogólnie rzecz biorąc – idea jest wszystkim co może artystę zgubić – lub wznieść na wyżyny. Tutaj na szczęście Broderick radzi sobie doskonale – zresztą tak jak w serwowaniu udziwnień, jak i w generalnym koncepcie albumu który – być może zgodnie z tytułem, zamiast prowadzić na barykady ze sztandarem w dłoni, pozwala się swobodnie pobujać i popływać. Być może dlatego też że Peterowi udał się dystans do siebie i tematu, któż bowiem nie uśmiechnie się kiedy w połowie stricte-klasycznej kompozycji usłyszy jęczącą piłę, albo melodię która z brzmienia arcy-klasycznych skrzypiec przechodzi w 8-bitowe plumkanie rodem z gierki nintendo….

Oczywiście, mimo wspomnianego dystansu, mamy do czynienia z dość poważnym albumem łączącym dość delikatnie nową klasykę i nowe brzmienia. można usłyszeć chóralne wokalizy na tle ambientowych szumów, można usłyszeć banjo wkomponowane niczym stary sygnał z radia w muzycznym konserwatorium dla obłąkanych, można zachwycić się genialnymi melodiami rozpisanymi na wiele partii.. i można przy tym nie usnąć, nie znudzić się,  nie zniechęcić. Umiejętnie serwowany miks sprawia że odpowiednie brzmienia i motywy pojawiają się w oszczędnej,  a jednak pełnej formie tam gdzie powinny, ani za często, ani za rzadko.  To co kładzie na łopatki wiele innych dzieł  – nachalność – na tym albumie po prostu nie istnieje. Ponownie wrócę do tytułu – Float – który idealnie obrazuje nastrój który udziela się podczas słuchania. Być może jest za delikatny by wywołać tzw. „ciary”, lub też za różnorodny by przy nim usnąć ale chyba nie o to Broderickowi chodziło.

W odróżnieniu od Johanna Johannsona, lub Olafura Arnaldsa – co do których skojarzenia nasuną się już po pierwszych taktach – Broderick stworzył sobie własna niszę i nagrał album który nie będzie za monotonny (jak potrafi to zrobić Johannson) ani zbyt „jedno-śladowy” (niczym niektóre twory Arnaldsa, jakkolwiek miło by nie brzmiały).  Oczywiście przeplata się owa nisza z innymi, zgodnymi z kanonem mody na łączenie pianina, skrzypiec z ambientem pokroju biosphere ale na swój własny oryginalny sposób zdaje się nie krzyczeć „tutaj jestem !!” lecz spokojnie zapraszać do odsłuchu który pozwoli po prostu milutko się pobujać bez wielkich uniesień i rozterek moralnych młodego pokolenia.

Pozycja obowiązkowa.

Przydatne linki:

stronka oficjalna
odsłuch

 

 

Reklamy

Higuma – Den Of The Spirits

Gdyby deeathprod na spółkę z lustmordem, dead can dance,  sun o))), hafler trio, svarte greinerem i maeror tri stworzyli ścieżkę dźwiękową do filmu na podstawie powieści Lovercrafta – to byłoby wydarzenie dekady, tak w świecie muzycznym jak i medialnym.  Gdyby…

Jak wiemy, niestety nic takiego się nie stało, ale za to na rynku pojawił się album który właściwie urzeczywistnia powyższe wydarzenie, więc można się cieszyć chociażby połowicznie (lub w pełni jeśli album będzie towarzyszył nam podczas kolejnej lektury z mackowatym potworem na okładce).

Den of Spirits jest albumem który z powodzeniem można nazwać „uduchowionym”, lub też „meta-fizycznym”. Niewiele jest takich albumów, zapełniają bowiem średnio popularną niszę dźwiękową w której to trzeba, dla odpowiedniego efektu rzecz jasna,  słuchać i uważnie i od początku do końca,  a najlepiej przy jednym posiedzeniu i w skupieniu.  Brzmi dośc trywialnie, jednak wykonanie nie jest  tak naprawdę łatwe . A wystarczy tylko odłożyc pilota i posłuchać – jest bowiem czego.

Brzmienie jest  prostu fantastyczne,  jest niezwykle….. „inne”. Jest to kolejny dowód na to że muzyka może (i powinna) posiadać podskórny fundament na którym zbudowana jest konkretna stylistyka, i co ważniejsze, odpowiedni nastrój. Tak jak (dla przykładu) rameses III ma swoje charakterystyczne brzmienie, tak i tutaj – chociaż rozrzut stylistyki jest nieco wiekszy niż ten pomiędzy poszczególnymi utworami wspomnianego króla egiptu – charakterystyka oscyluje głównie wokól tajemniczości zbudowanej dzięki wielu warstwom dźwięku – tak jak wiele warst ziemi oddziela nas od tego co zdarzyło się dawno temu i czego tak łapczywie poszukujemy dziś żeby przypomnieć sobie o czym zapomnieliśmy…

Album zaprasza nas w w tytułowe legowisko dźwiękowej starożytności które jako współcześni badacze i poszukiwacze możemy badać słuchem właściwie tylko z dystansu, a już na pewno bez zrozumienia świadectwa tych niezwykle starych historii, których nie da się też dzis ani rozpoznać, ani umieścić w żadnym ze znanych człowiekowi kręgów kulturowych. Czy to stare zapomniane rytuały które powracają niczym echo jęków i zawodzących mono-melodycznych mantr ciągnących się w nieskończonośc w celu przywołania kosmicznych energii, czy pulsujące resztki plemiennych, brudnych transowych rytmów przeplecionych sporadycznymi wystrzałami szarpniętych resztek melodii, czy tez w ostateczności surowe, narastające i wwiercające się w mózg fale dzwiękowe o kosmicznym natężeniu…

Tak jak filmowy niezrozumiały czarny obelisk zaprzątał myśli kosmonautów, tak dziś Den of  the Spirits wypuszcza w eter tytułowe duchy i daje nam okazję na – chwilowe tylko – obcowanie z niezbadanym i niezrozumiałym – czyli z tym co nas ciekawi najbardziej.

Cthulu być może stracił mordercze macki, ale wcale nie stał się  mniej ciekawy.


Przydatne linki:

Danny Norbury-Light In August

Ten album gościł w mojej playliście od bardzo długiego czasu, a    zdecydowałem się o nim cokolwiek napisać dopiero teraz.  Właściwie nie  dlatego żeby miał jakieś wielkie przesłanie które muszę przekazać ku potomności – na co niestety sili się wiele dzisiejszych  twórców „nowej muzyki”. być może nie ma żadnego podskórnego  przesłania (każdy odbiera to zresztą inaczej) ale powód na opóźnienie jest  całkiem prozaiczny. Otóż nie decydowałem się na żadne wzmianki o  albumie, ponieważ cały ten czas zajmowało mi – po prostu – słuchanie  go. Jest to tak prosta i ładna muzyka ze właściwie nie ma o czym gadać,  o proszę:

Danny Norbury jest młodym wiolonczelistą z Manchesteru – nie wiem jak młodym, ale ma na koncie współpracę z wielkimi tego świata – na liście są m.in. Jean Cocteau,Library Tapes, Rafael Anton Irisarri i Nancy Elizabeth. Do pewnego stopnia wpisuje się to w dzisiejszy schemat tzw  „modern classical”,  ale pod jednym względem album jest dośc wyjątkowy –  nie znajdziemy na nim nic poza klasycznym instrumentarium.  W tych dźwiękach (poza masterigiem of kors) najnowszej technologii po prostu nie ma. Obcujemy zatem z jedno-osobową orkiestrą złożoną z wiolonczeli, skrzypiec i  pianina. Obcujemy z czystym dźwiękiem, ja osobiście odbieram ten album jako wyjątkowo „oczyszczający” bo traktowałem swoje uszy od dawien dawna różnymi szumami, a tutaj nagle mamy kawał „czystego” dźwięku nagranego  – co szczególnie ważne przy tego typu albumach – bez pretensji do świata. Mało tego. Te utwory to nie są suity rozpisane na wielkie sceny z filmów – są tego przeciwieństwem. Ot takie mini-etiudki, tak bym je nazwał…. a każda z nich to osobna historyjka zagrana tak  że przy odsłuchu miałem wrażenie że napisane są dla mnie. Że są moje, moje prywatne mikro-klasyczne historyjki ładnie zagrane żebym sobie po prostu posłuchał. To chyba największa siła tego albumu; w jakiś sposób Dannemu udało się stworzyć dzieło które  – być może dzięki swojej prostocie przekazu – odbiera się na absolutnie personalnym poziomie (jakkolwiek bełkotliwie by to nie brzmiało). To rzadkość, identyfikacja z utworami jest absolutna. Rozciąga się od początkowych taktów aż do końca. Od delikatnego pianinka w Love Woke Me Up, poprzez ultra-subtelny Light In August puentując końcowym This Night Is For You and For Me. Pięknie puentując, dodałbym.

 

Przydatne linki:

Khate – Pareidolia

Khate is one woman and her orchestra of odd instruments – circuit  bent toys, vintage synths, antiquated media, field recordings,  shortwave radio and other assorted electronics…

Inaczej mówiąc – jednoosobowa armia, czyli wszystko co na strychu  (skoro vintage) i w eterze (skoro radio) na usługach efemerycznej  pani generał z Richmond której wyobraźni nie powstydziłby się  najlepszy pracownik studia Pixar. Misz mas przestaje dziwić kiedy  zerknie się tutaj: – tak pokręcone instrumentarium powinno tylko  zachęcić do odsłuchu.

Pierwszy długograj właściwie stawia więcej pytań niż odpowiedzi po  wcześniejszych EPkach i mniejszych wydawnictwach; tak jak  niełatwo odnaleźć je dziś na rynku (zapełniają bowiem dość niszowy  dział dla fanów zawieszenia pomiędzy mrocznym ambientem, nosem  i IDM-ową elektroniką wymieszaną z Pole i Oval), takoż ciężko się  odnaleźć w tej mechaniczno-organicznej kakofonii. Właściwie  klasyfikacja albumu mogłaby sie zakończyć na jego tytule bo nijak nie da się ogarnąć jego złożoności bez wielokrotnego odsłuchu. To zresztą bardzo rzadkie i cenne – własny autorski styl wypracowany nie tyle kunsztem technicznym wynikłym z wiedzy o akustyce a raczej muzyczną wyobraźnią wykształconą przez lata słuchania… 4-5 lat tworzenia albumu (podobno) zaowocowało praca tak złożoną i właściwie niedostępną że słuchanie – pierwsze skojarzenia po pierwszych taktach – lustmord’a i heresy brzmi przy tym albumie jak zwykły spacer. Oczywiście album sięga o wiele dalej niż zwykłe naśladownictwo ambientu dla heretyków, w sensie muzycznego nastroju lęku mamy bowiem do czynienia z zupełnie innym konceptem a więc i wykonanie skrajnie różne, a tym samym efekt, jest jednak w nich pewien wspólny mianownik który odgrywa kluczową rolę na albumie. Jest nim poczucie dezorientacji i chorego zaciekawienia, jest nim zwykła prymitywna ciekawość która bohaterom głupawych horrorów klasy B każe zejść do ciemnej śmierdzącej piwnicy z zepsutą latarką żeby sprawdzić dziwne szuranie i odgłosy, zamiast wziąć nogi za pas, co zrobiłby każdy szanujący się twardziel….

Ale patrzenie na świat przez czarne okulary to nie wszystko co można usłyszeć w tej gatunkowej hybrydzie… Mikro-inspiracje sięgają tak daleko jak tylko możliwe – od składowych brudnego rytmu pulsujących tu i ówdzie tworząc zegarowe tło rozszumiałej elektroniki wywracając klasyczny schemat utworu do góry nogami, poprzez brudne pseudo-vinylowe sekwencje dęciaków ze starego filmu puszczone przez potrójny filtr z zepsutego odkurzacza (vide ostatni album Klimek – Movies is Magic), kończąc na wykorzystaniu klasycznych ambientowych klisz w postaci głosów z tła z fragmentów filmów recytujących modlitwy czy inne dziwne rzeczy… Przy kolejnych odsłuchach przychodzi do głowy cała bateria standardowego „słuchacza” dzisiejszej elektroniki – od Autechre (w szczególności z okresu Draft 7.30 oraz EP7 i ich sfery rytmicznej), poprzez Biosphere, kończąc na Miasmah, a nawet Arovane, a nawet i dronowy Seht… Przypominają się też albumy nie-standardoiwego słuchacza elektroniki w stylu „Early guru’s of Electronik Music” oraz różnego rodzaju elektro-akustyczne eksperymenty Hafler Trio….

Wspomnianym powyżej dość spójnym składowym albumu odnoszącym się do bardziej znośnych twórców dzisiejszej muzyki elektronicznej towarzyszy cała masa jęków, zawodzeń pisków i trzasków, co o dziwo nie męczy przy duższym odsłuchu, serwowane jest bowiem w dośc stonowanej, wyciszonej formie – być może to zaplanowany efekt a być może tak wyszło, niemniej jednak tam gdzie wczesne pionierskie – bo album Khate jest w pewnym sensie pionierski – dzieła elektroniki przyprawiają o ból głowy po 10-ciu minutach, tam Khate umiejętnie serwuje przystępność.

Mam niejasne wrażenie że po mniejszych dokonaniach pani z Richmond nie chce postawić kropki nad i, mało tego, nie chce nawet definiować swojego stylu. Khate sonduje nas, sprawdzając na ile może sobie pozwolić znaim ktokolwiek skrzywi się i stwierdzi że albumu słuchać się po prostu nie da. Nie trzeba się jednak krzywić – album da się słuchać, wcale nie trzeba być ortodoksem, nawet przyjemnie się go słucha (chociaż nie wiem czy to nie obraza dla pewnych środowisk związanych z ciemnym ambientem), a sonda? Ta w postaci albumu udała nadzwyczaj dobrze.

Przydatne linki:

David Darling – Cello

Co robi młody człowiek kiedy ma 10 lat ? Z tego co pamiętam, wszystko i nic. Niektórzy latają po podwórku i sypią babki z piasku, niektórzy bawią się modelami,  o  przepraszam, dziś większość gra w sieciowe rpg i browsuje youtube w poszukiwaniu cyfrowego testosteronu który zastępuje relacje damsko-męskie (lub  jakiekolwiek inne polegające na fizycznym kotakcie między dwoma ssakami gatunku ludzkiego )….  Tymczasem, kiedyś, dawno dawno temu bo  w roku 1952, w  wieku  10 lat młody David Darling z Indiany zamiast wszystkich politycznie poprawnych, acz głupawych activities zaczął uczyć się gry na wiolonczeli. Gdyby nie  zaczął, nie  skończyłby  szkoły muzycznej czy nawet dwóch, nie wydałby też w 1992 roku albumu cello, tym samym prawie 20 lat po jego wydaniu ja nie  natknąłbym się na na  ten album  ani przypadkiem, ani tym bardziej nie odnalazłbym go nawet gdybym bardzo chciał, a w efekcie nie stwierdziłbym ze to jeden z  najlepszych i  najładniejszych  brzmieniowo albumów z gatunku modern classical (wyświechtanego co prawda do nieprzytomności w ostatnich kilku latach,  co  ustawicznie  powtarzam do nieprzytomności w ostatnich kilku latach). Nie stwierdziłbym że wiolonczela solo brzmi absolutnie fantastycznie, mistycznie wręcz, nie powiedziałbym nikomu że delikatności jej brzmienia towarzyszy jednocześnie „basowa” moc,  ani nie pomyślałbym nawet że można by spokojnie samą wiolonczelą zastąpić połowę orkiestry symfonicznej a i tak brzmiałoby potężnie, doniośle i tak jak trzeba…
Odsłuch (wielokrotny zresztą) w przekonaniu, że jakiekolwiek próby oddania na papierze wrażeń z odsłuchu tego albumu skończyć muszą się patetycznymi stwierdzeniami że to wielka muzyka, że przywołuje wspomnienia, że jest delikatna ale i melancholijna a tym samym smutna choć pełna nadziei blah blah blah.

Niestety, a właściwie stety,  ten album właśnie taki jest. Jest w swej prostocie i ładunku emocjonalnym po prostu fantastyczny. Mało tego, nagrany (a przynajmniej wydany) w 1992 roku, każe zastanowić mi się nad sinusoidą muzycznego rynku która sprawiła że dziś, jako nowe pokolenie 30-to latków zachwycam się produkcjami  neo-klasycznych kompozytorów, które brzmią tak jakby ktoś całą tą muzyczną machinę  cofnął korbką o 20 lat właśnie, a może i więcej…. znaczy to  ni mniej ni więcej że oprócz mody na brzmienie, gusta też zataczają kółeczka, bo współczesnych neo-klasyków słucha dziś bardzo pokaźna gawiedź, a z drugiej strony o starszych kompozytorach (poza mega-znanymi tuzami typu reich, adams czy glass) z kolei mało kto dziś pamięta, chyba że meloman (ale to raczej młody nie będzie) albo przypadkiem się natknie….

Filozofując – dwoistość przypadku, który Darlingowi pomógł w karierze muzyka – a mi z kolei pomógł przypadkiem natknąć się  po latach na jedno z jego dzieł – cieszy mnie niezmiernie,  bo o ile nie jestem fanem teorii o chaotycznej naturze świata zależnej od burzy w afryce powodowanej skrzydłami motyla w Chinach, to znaczy mniej więcej tyle że takie rodzynki jak album Cello wciąż pałętają się po świecie i raz na jakiś czas wpadają w czyjeś ręce po to żeby sobie z wielką przyjemnością ich posłuchać, i przy okazji podywagować sobie na tematy związane z losem, przypadkiem, sunosoidami i motylami.

W tym wszystkim zapomniałem rzecz jasna napisać dokładniej o muzyce zawartej na albumie, ale to ze względu na jego jakość akurat jest bardzo proste – to wielka muzyka, która przywołuje wspomnienia,  jest delikatna ale i melancholijna a tym samym smutna choć pełna nadziei… blah blah blah
A na poważnie – świetne, mocne wydawnictwo.

Przydatne linki:

Ikonika – Contact, Love, Want, Have

Czytałem że nie da się przejść kolo tego albumu obojętnie. Święta racja – nie da sie przejść obok tego albumu obojętnie, ponieważ albo ma się ochotę zrzucić go z  półki, albo zadać sobie pytanie  – co się dzieje z kondycją muzyki skoro ktoś decyduje sie wypuścić na rynek taki … gniot ? I to jest w sklepach ? Nie mogłem  uwierzyć  własnym uszom więc poszukałem, poczytałem i proszę:  Ikonika odpowiada, że po prostu nie wie, jak grać poprawnie, dlatego spontanicznie tworzy  zlepek  dźwięków aż wyjdzie z tego coś fajnego (cytat z nowamuzyka.pl).  Świetnie.
Być może wszyscy powinniśmy coś tam spontanicznie i fajnie sobie  poklikać,  wysłać materiał demo do Hyperdub i wydać album ? Zresztą, bądźmy jeszcze  bardziej offowi – ja rozwalę kalwisz a kolega będzie łupał prętem bo barierce od schodów. Będzie experimental i cool…  Niestety – takie podejście to nie tylko  Hyperdub, daleko szukać nie trzeba – słuchając na przykład Gonjasufi (który okrzyknięty został rewelacją przez zapaleńców i żurnalistów) albo jego kolegi  prywatnie i pewnie biznesowo – pana Flying Lotus (również wychwalanego pod niebiosa), mam wrażenie że „nowoczesne”  labele postanowiły po macoszemu podejść do sprawy wydając mierne albumy będące zlepkiem byle jakich kawałków które niczemu nie służą, oprócz pokrzywionej, nieudanej i zdysharmonizowanej zabawy głuchego. Jesli uznać (w ogóle) całość działalności Hyperdub za wyjątkowa (czyżby ze względu na hype / sukces w UK ? tam o sukces łatwo biorąc pod uwage ze większość  ludzi słucha tam Gorillaz, Snow Patrol, Sugarbabes i U2) to ten album sprowadza label na ziemię z glośnym, tłustym (a jak) dubstepowym tąpnięciem. Po 2 utworze, ha, po 30 sekundach pierwszego nie tylko syntezatory sie nudzą, bo oprócz histerycznego klawiszowania nawet rytm nie wprowadza nic poza to co poznaliśmy 8 lat temu odpalając piracką kopię E-Jay i mieszając gałkami do „default preset”…. jeśli ktokolwiek inny nagrałby taki album posądzony by został albo o głuchotę, albo o prowokację, albo o zanik formy tak wielki ze trzeba by było szukac pracy poza wyspami chyba… nie wiem czy efekt tutaj stanowi nazwisko tej pani będące (chyba) malym novum w swiecie zagarnietym przez brytyjskie białe-rasta-klony taśmowo produkujące nudne single remasterowane chyba na jednym i tym samym komputerze w Londynie, byc może chodziło o to żeby bylo „inaczej”.. ? No i jest „inaczej”….  tylko po co i dla kogo ?
Rozumiem że jest parcie na szukanie nowości, bo rynek jest mocno nasycony. Rozumiem modę na retro i modę na dysharmonię… Ale nie rozumiem takich rozpaczliwych wydawnictw.. To nie TVN i nie każdy może śpiewać niestety.

Myrmyr-the amber sea

Wydawałoby się że dzisiejszy ambient to tylko drone, klasyka z elementami experymentu,  trochę acoustic doom i wlaściwie  niewiele więcej,  może  poza paroma epizodami mariażu muzyki folkowej i stricte  instrumentalnej wplecionej w (a jakże) szumy i trzaski starego radia. Mnogość tego typu  albumów na rynku powala i generalnie – ze szkodą  dla gatunku – wiekszość  brzmi tak samo, przejeść się  więc można bardzo szybko, na dodatek z  efektem muzycznej czkawki na koniec.

Jeśli wiec ktoś sie właśnie przejadł, osłuchał, nasłuchał, lub  mówiąc trywialnie – znudził – proszę  bardzo. Duet  Agnes Szelag i  Marielle Jakobsons  z  Oakland (znany rowniez jako Darwinsbitch)  prezentuje premierowy  longplay The Amber Sea,  wydany przez label  Digitalis który przez 6 lat  dzialalnosci wyrobil sobie (ideową) markę, przynajmniej w kwestii  ”snobizmu”  wydawniczego,  czyli limitowanych edycji albumów,   wydawnictw  stricte vinylowych lub kasetowych,  ręcznie  numerowanych i  pakowanych  albumów  itp itd…
Należy się też małe ostrzeżenie na początek – dźwięki zawarte na albumie  oscylują wokół wyżej wspomnianych elementów dzisiejszych taśmowo  produkowanych stylistyk  pokoju dark-ambient,  elektro-akusytki, drone’u i nowoczesnego folku, a  jednak…. żadnej nie eksplorując dogłębniej, pozostawiając słuchaczowi przyjemność lekkiego liźnięcia każdej  osobnej skladowej albumu, tak jakby ktos zaprosil nas na festyn kuchni świata gdzie można spróbować wszystkiego, ale bez nażerania się.  W efekcie nie znajdzie się na albumie fortepianowych suit ciągnących się przez 20 minut w niewiadomym celu które gubią słuchacza po pierwszych 3 minutach a jakąkolwiek harmonię jeszcze szybciej, nie będzie mikro-experymentów z dźwiękami durszlaka pociętymi wedle modły raster-noton odgrywanych w pustym kościele, nie ma tutaj  infra-basów ktróre zabiłyby psa sąsiada, nie ma udziwnień na siłę.  Jest za to – niespodzianka ? – mocne echo polskiego folku, począwszy od delikatnego szeptu w otwierającym album utworze jurata (który zresztą brzmi wprost fantastycznie w tej stylistyce idealnie budując napięcie szeleszczącymi zgłoskami które przebijają się przez lekką acz ciepłą plamę delikatnych drone’ów na pierwszym planie) poprzez wyrazistą wokalizę refrenu (która rzecz jasna wpisuje się w konwencję tytułową bowiem “the amber sea” to nic innego jak nasz ukochany bałtyk) kończąc na wspaniale brzmiących skrzypcach których nie powstydziłiby sie na niejednym zdrowym góralskim weselu, ale uwaga – umiejetnie wplecionych w kontekst ambientowy bez zbytniej cepeliady i absolutnie bez bożonarodzeniowości .

Ponadto, mamy na albumie strzępy klasycznego podejscia do ambientu wprost ze szkoly Geira Jensenna w postaci na wpół-wyraźnych ambientowych plam w tle,  przeplecionych lekkim staccato pianina w stylu Briana Eno, tak jakby panie chcialy podziękowac za inspirację i złożyć mikro-hołd dla ojców chrzestnych muzycznej przestrzenii, eksplorując ją wedle swojego kobiecego idée fixe poza gatunkowe granice. Kobiecość owa objawia się również  we wspomnianej ultra-delikatnej i zwiewnej formie dawkowania wszystkich dźwięków, nadającej albumowi niezwykłego wymiaru lekkości połączonego z luźnym muzycznym ekscentryzmem związanym z tematem przewodnim albumu.

Mamy też na albumie wokalizy naznaczone leciutko – nie uniknie się porównania – ekspresją a’la Bjork, jednakowoż delikatnie i bez tępego naśladownictwa, mamy spory ładunek dzwieków kwartetu smyczkowego, klarnetu i fletu (coby wspólczesnej klasyce stalo sie zadość), mamy wreszcie delikatne, melodyjne plamki dźwiękowe zlożone z dzwoneczków, strzępków akustycznej gitary i innych “żywych” przeszkadzajek w tle, które umiejętnie działają jak spoiwo wszystkich porozrzucanych puzzli tej muzycznej ukladanki.


Myrmyr @ Soundwave Series [SF 2008]

 

Paniom udaje sie dużo więcej – tam gdzie kończy się granica delikatnej muzycznej ekspresji a zaczyna sie pretensjonalność, panie sprawnie meandrują tak aby ich muzyka nie wpadla w  martyrologiczny schemat pełen patosu, żalu i innych prostych “uczuć” a’la blockbuster z hollywood. Wspomniana delikatność polskich korzeni zaznaczona na plycie rozlewa się bowiem na wszystkie elementy albumu tworząc kompozycję ktora  brzmi za ciekawie aby być tylko tłem, a jednak nie na tyle mocno aby przyćmić słuchacza bezładną kakofonią dziwacznych dzwieków z babcinego strychu.

 

W sukurs delikatnosci idzie również emocjonalny ładunek albumu który jest – trzeba przyznać – tożsamy z imponujacym instrumentarium. Innymi słowy: bardzo duży. Jest  jakaś podskórna siła w tych kompozycjach, pewna wyrazistość która pozostawia coraz mocniejszy ślad po każdym odsłuchu. Każdy powrót do albumu oferuje nowe doznania, odsłania nowe, malutkie terytoria dźwiękowe, i co najważniejsze – skłania do myślenia …


Myrmyr @ Soundwave Series [SF 2008]

Ten album to prawdziwy artystyczny „statement” obu pań, wejście lekko uśpionego, zabarwionego folkiem smoka w świat ambientu w jego najoryginalniejszej formie. I oby dźwiękowych emocji i oryginalnych pomysłów starczyło na przyszłe dzieła, bo zapowiadają się wyśmienicie.

Wieloktrotny odsluch gwarantowany.

Przydatne linki: