David Darling – Cello

Co robi młody człowiek kiedy ma 10 lat ? Z tego co pamiętam, wszystko i nic. Niektórzy latają po podwórku i sypią babki z piasku, niektórzy bawią się modelami,  o  przepraszam, dziś większość gra w sieciowe rpg i browsuje youtube w poszukiwaniu cyfrowego testosteronu który zastępuje relacje damsko-męskie (lub  jakiekolwiek inne polegające na fizycznym kotakcie między dwoma ssakami gatunku ludzkiego )….  Tymczasem, kiedyś, dawno dawno temu bo  w roku 1952, w  wieku  10 lat młody David Darling z Indiany zamiast wszystkich politycznie poprawnych, acz głupawych activities zaczął uczyć się gry na wiolonczeli. Gdyby nie  zaczął, nie  skończyłby  szkoły muzycznej czy nawet dwóch, nie wydałby też w 1992 roku albumu cello, tym samym prawie 20 lat po jego wydaniu ja nie  natknąłbym się na na  ten album  ani przypadkiem, ani tym bardziej nie odnalazłbym go nawet gdybym bardzo chciał, a w efekcie nie stwierdziłbym ze to jeden z  najlepszych i  najładniejszych  brzmieniowo albumów z gatunku modern classical (wyświechtanego co prawda do nieprzytomności w ostatnich kilku latach,  co  ustawicznie  powtarzam do nieprzytomności w ostatnich kilku latach). Nie stwierdziłbym że wiolonczela solo brzmi absolutnie fantastycznie, mistycznie wręcz, nie powiedziałbym nikomu że delikatności jej brzmienia towarzyszy jednocześnie „basowa” moc,  ani nie pomyślałbym nawet że można by spokojnie samą wiolonczelą zastąpić połowę orkiestry symfonicznej a i tak brzmiałoby potężnie, doniośle i tak jak trzeba…
Odsłuch (wielokrotny zresztą) w przekonaniu, że jakiekolwiek próby oddania na papierze wrażeń z odsłuchu tego albumu skończyć muszą się patetycznymi stwierdzeniami że to wielka muzyka, że przywołuje wspomnienia, że jest delikatna ale i melancholijna a tym samym smutna choć pełna nadziei blah blah blah.

Niestety, a właściwie stety,  ten album właśnie taki jest. Jest w swej prostocie i ładunku emocjonalnym po prostu fantastyczny. Mało tego, nagrany (a przynajmniej wydany) w 1992 roku, każe zastanowić mi się nad sinusoidą muzycznego rynku która sprawiła że dziś, jako nowe pokolenie 30-to latków zachwycam się produkcjami  neo-klasycznych kompozytorów, które brzmią tak jakby ktoś całą tą muzyczną machinę  cofnął korbką o 20 lat właśnie, a może i więcej…. znaczy to  ni mniej ni więcej że oprócz mody na brzmienie, gusta też zataczają kółeczka, bo współczesnych neo-klasyków słucha dziś bardzo pokaźna gawiedź, a z drugiej strony o starszych kompozytorach (poza mega-znanymi tuzami typu reich, adams czy glass) z kolei mało kto dziś pamięta, chyba że meloman (ale to raczej młody nie będzie) albo przypadkiem się natknie….

Filozofując – dwoistość przypadku, który Darlingowi pomógł w karierze muzyka – a mi z kolei pomógł przypadkiem natknąć się  po latach na jedno z jego dzieł – cieszy mnie niezmiernie,  bo o ile nie jestem fanem teorii o chaotycznej naturze świata zależnej od burzy w afryce powodowanej skrzydłami motyla w Chinach, to znaczy mniej więcej tyle że takie rodzynki jak album Cello wciąż pałętają się po świecie i raz na jakiś czas wpadają w czyjeś ręce po to żeby sobie z wielką przyjemnością ich posłuchać, i przy okazji podywagować sobie na tematy związane z losem, przypadkiem, sunosoidami i motylami.

W tym wszystkim zapomniałem rzecz jasna napisać dokładniej o muzyce zawartej na albumie, ale to ze względu na jego jakość akurat jest bardzo proste – to wielka muzyka, która przywołuje wspomnienia,  jest delikatna ale i melancholijna a tym samym smutna choć pełna nadziei… blah blah blah
A na poważnie – świetne, mocne wydawnictwo.

Przydatne linki:

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s