Myrmyr-the amber sea

Wydawałoby się że dzisiejszy ambient to tylko drone, klasyka z elementami experymentu,  trochę acoustic doom i wlaściwie  niewiele więcej,  może  poza paroma epizodami mariażu muzyki folkowej i stricte  instrumentalnej wplecionej w (a jakże) szumy i trzaski starego radia. Mnogość tego typu  albumów na rynku powala i generalnie – ze szkodą  dla gatunku – wiekszość  brzmi tak samo, przejeść się  więc można bardzo szybko, na dodatek z  efektem muzycznej czkawki na koniec.

Jeśli wiec ktoś sie właśnie przejadł, osłuchał, nasłuchał, lub  mówiąc trywialnie – znudził – proszę  bardzo. Duet  Agnes Szelag i  Marielle Jakobsons  z  Oakland (znany rowniez jako Darwinsbitch)  prezentuje premierowy  longplay The Amber Sea,  wydany przez label  Digitalis który przez 6 lat  dzialalnosci wyrobil sobie (ideową) markę, przynajmniej w kwestii  ”snobizmu”  wydawniczego,  czyli limitowanych edycji albumów,   wydawnictw  stricte vinylowych lub kasetowych,  ręcznie  numerowanych i  pakowanych  albumów  itp itd…
Należy się też małe ostrzeżenie na początek – dźwięki zawarte na albumie  oscylują wokół wyżej wspomnianych elementów dzisiejszych taśmowo  produkowanych stylistyk  pokoju dark-ambient,  elektro-akusytki, drone’u i nowoczesnego folku, a  jednak…. żadnej nie eksplorując dogłębniej, pozostawiając słuchaczowi przyjemność lekkiego liźnięcia każdej  osobnej skladowej albumu, tak jakby ktos zaprosil nas na festyn kuchni świata gdzie można spróbować wszystkiego, ale bez nażerania się.  W efekcie nie znajdzie się na albumie fortepianowych suit ciągnących się przez 20 minut w niewiadomym celu które gubią słuchacza po pierwszych 3 minutach a jakąkolwiek harmonię jeszcze szybciej, nie będzie mikro-experymentów z dźwiękami durszlaka pociętymi wedle modły raster-noton odgrywanych w pustym kościele, nie ma tutaj  infra-basów ktróre zabiłyby psa sąsiada, nie ma udziwnień na siłę.  Jest za to – niespodzianka ? – mocne echo polskiego folku, począwszy od delikatnego szeptu w otwierającym album utworze jurata (który zresztą brzmi wprost fantastycznie w tej stylistyce idealnie budując napięcie szeleszczącymi zgłoskami które przebijają się przez lekką acz ciepłą plamę delikatnych drone’ów na pierwszym planie) poprzez wyrazistą wokalizę refrenu (która rzecz jasna wpisuje się w konwencję tytułową bowiem “the amber sea” to nic innego jak nasz ukochany bałtyk) kończąc na wspaniale brzmiących skrzypcach których nie powstydziłiby sie na niejednym zdrowym góralskim weselu, ale uwaga – umiejetnie wplecionych w kontekst ambientowy bez zbytniej cepeliady i absolutnie bez bożonarodzeniowości .

Ponadto, mamy na albumie strzępy klasycznego podejscia do ambientu wprost ze szkoly Geira Jensenna w postaci na wpół-wyraźnych ambientowych plam w tle,  przeplecionych lekkim staccato pianina w stylu Briana Eno, tak jakby panie chcialy podziękowac za inspirację i złożyć mikro-hołd dla ojców chrzestnych muzycznej przestrzenii, eksplorując ją wedle swojego kobiecego idée fixe poza gatunkowe granice. Kobiecość owa objawia się również  we wspomnianej ultra-delikatnej i zwiewnej formie dawkowania wszystkich dźwięków, nadającej albumowi niezwykłego wymiaru lekkości połączonego z luźnym muzycznym ekscentryzmem związanym z tematem przewodnim albumu.

Mamy też na albumie wokalizy naznaczone leciutko – nie uniknie się porównania – ekspresją a’la Bjork, jednakowoż delikatnie i bez tępego naśladownictwa, mamy spory ładunek dzwieków kwartetu smyczkowego, klarnetu i fletu (coby wspólczesnej klasyce stalo sie zadość), mamy wreszcie delikatne, melodyjne plamki dźwiękowe zlożone z dzwoneczków, strzępków akustycznej gitary i innych “żywych” przeszkadzajek w tle, które umiejętnie działają jak spoiwo wszystkich porozrzucanych puzzli tej muzycznej ukladanki.


Myrmyr @ Soundwave Series [SF 2008]

 

Paniom udaje sie dużo więcej – tam gdzie kończy się granica delikatnej muzycznej ekspresji a zaczyna sie pretensjonalność, panie sprawnie meandrują tak aby ich muzyka nie wpadla w  martyrologiczny schemat pełen patosu, żalu i innych prostych “uczuć” a’la blockbuster z hollywood. Wspomniana delikatność polskich korzeni zaznaczona na plycie rozlewa się bowiem na wszystkie elementy albumu tworząc kompozycję ktora  brzmi za ciekawie aby być tylko tłem, a jednak nie na tyle mocno aby przyćmić słuchacza bezładną kakofonią dziwacznych dzwieków z babcinego strychu.

 

W sukurs delikatnosci idzie również emocjonalny ładunek albumu który jest – trzeba przyznać – tożsamy z imponujacym instrumentarium. Innymi słowy: bardzo duży. Jest  jakaś podskórna siła w tych kompozycjach, pewna wyrazistość która pozostawia coraz mocniejszy ślad po każdym odsłuchu. Każdy powrót do albumu oferuje nowe doznania, odsłania nowe, malutkie terytoria dźwiękowe, i co najważniejsze – skłania do myślenia …


Myrmyr @ Soundwave Series [SF 2008]

Ten album to prawdziwy artystyczny „statement” obu pań, wejście lekko uśpionego, zabarwionego folkiem smoka w świat ambientu w jego najoryginalniejszej formie. I oby dźwiękowych emocji i oryginalnych pomysłów starczyło na przyszłe dzieła, bo zapowiadają się wyśmienicie.

Wieloktrotny odsluch gwarantowany.

Przydatne linki:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s